Powitanie z Afryką. Rajskie plaże, średniowieczne skarby i busz. Znacie taką Kenię?

Afryka jest mistyczna, dzika, piekielnie upalna. Jest rajem dla fotografujących i myśliwych, krainą utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom”, pisała słynna pilotka Beryl Markham, miłośniczka Kenii.
W żadnym innym kraju na świecie nie da się tak łatwo jak tutaj połączyć cudownych chwil nad Oceanem, nurkowania na rafach z udziałem w emocjonującym safari. Nigdzie nie ma też tylu uśmiechniętych ludzi co tu. Przyzwyczajeni do życia w pędzie z niedowierzaniem słyszymy co chwilę: „pole, pole” (powoli, powoli), wypowiadane jak mantra przez Kenijczyków. Zwalniamy więc tempo. Zastanawiamy się tylko, jaki zły los każe nam żyć w znerwicowanej Europie.
Dumny biznesmen z Art Galery

Bara bara, czyli droga…

Na lotnisku w Mombasie okazuje się, że nasz bagaż nie doleciał. „Hakuna matata” – nie ma sprawy, powiedział urzędnik. „Znajdzie się”. I się znalazł po dwóch dniach dostarczony prosto do naszego hotelu. Kenijskie drogi okazały się pełne strasznych dziur, wybojów i ciężarówek blokujących przejazd. „Hakuna matata, dojedziemy”, za każdym razem uspakajał nas Julius, nasz sympatyczny kierowca. I wszędzie dojechaliśmy. Nawiasem mówiąc, droga w języku suahili to „bara bara”. Brzmi swojsko, chociaż nie ma nic wspólnego z seksem.

Przy drodze toczy się prawdziwe życie. Inne od tego na pocztówkach. Grupa kobiet w kolorowych strojach podąża boso żwirową ścieżką wijącą się wzdłuż głównej drogi, ciągnąc za sobą… kozę. Poboczem sunie też na skuterze skurzona trójka (jazda w trzy osoby jest tu powszechna), żeby ominąć korek na drodze. Każdy coś taszczy, niesie na głowie, chce coś sprzedać lub kupić. Wysoki jak baobab mężczyzna trzyma w ręce cztery zabite kury, głowami w dół, tak jakby to był jakiś skarb. Większość domów to lepianki, które może z łatwością zdmuchnąć pierwszy silny wiatr. Drobne biznesy noszą dumnie angielskie nazwy. Szopa z pamiątkami to Art Galery, brudny budyneczek przy drodze to Hilton hotel, a niewielka lecznicza King’s Medical Center.

Witajcie nad oceanem

Nasz hotel „Madina Palms” w Watamu (www.medinapalms.com ), niedaleko Malindii jest rajem w porównaniu ze wszystkim, co dotąd widzieliśmy w Kenii. Sterylnie białe pokoje nowocześnie wyposażone, basen z widokiem na Ocean Indyjski i wyborna kuchnia okazują się najlepszą nagrodą po trudach podróży. Po kilku dniach leniwego wypoczynku można się uzależnić od królewskich krewetek prosto z grilla, świeżych homarów i szumiącego za oknem morza. Takich hoteli na kenijskim wybrzeżu jest dużo więcej, jak mówi Josephine, nasza cudowna przewodniczka. Niektóre, jak ultranowoczesny „English Point Marina” (www.englishpointmarina.co.ke ), czy pięknie położony nad samym Oceanem „White Sands”, należący do grupy hotelowej Sarova (www.sarovahotels.com ) , mają rozbudowaną odnowę biologiczną. Na gości czeka ponad 500 kilometrów plaż z białym piaskiem. Można nurkować i pływać bezpiecznie – rafa koralowa stanowi naturalną ochronę przed rekinami.

Na ratunek Big Mamie

Najpierw jednak zwiedzamy Watamu, który ma najstarszy chroniony park morski. „Do ludzi zaczyna docierać, że trzeba dbać o środowisko naturalne”, mówi Ruth Karisa z National Marine Protected Areas. Specjalny program pozwala już monitorować plaże i oczyszczać je ze śmieci. Z plastikowych odpadów powstają potem torebki, naszyjniki i bransoletki, które można nabyć na miejscu w sklepiku. Niestety, ceny po 15 dolarów za sztukę specjalnie nie zachęcają do zakupów. Zaglądamy też do centrum rehabilitacji żółwi (www.watamuturtles.com ), gdzie Big Mama, chora, 50-letnia żółwica przechodzi właśnie kwarantannę. Żółwie morskie dożywają nawet 150 lat, jeśli nie zostaną zaatakowane przez rekiny lub nie zginą od zanieczyszczeń, zjadając plastikowe odpady. Ale i z nimi zaczyna się walczyć – po sąsiedzku działa prężny ośrodek recyclingu przerabiający plastikowe butelki. Z części, po wypełnieniu ich ziemią, buduje się już domy.

Big Mama, 50-letnia żółwica z Watamu

Co kryje średniowieczne Gedi?

Perłą w koronie wybrzeża jest jednak Gedi. Ruiny tego dobrze zachowanego arabskiego miasta z przełomu XIII i XIV w., skryte w gęstym lesie tropikalnym, odnajdujemy zaledwie kilkanaście kilometrów od Malindi. To dziś jedna z większych zagadek Kenii. Nie wiadomo, jakim cudem na tym zacofanym kontynencie działało silnie rozwinięte miasto z ulicami, imponującym meczetem i bieżącą wodą. Archeolodzy odkryli tu chińskie wazy z dynastii Ming, szkło weneckie, świadczące o handlowych koneksjach z innymi miastami. Może więc czas skorygować twierdzenie, że w okresie przedkolonialnym Afryka pozostawała daleko za resztą świata?

Gedi – arabskie miasto z przełomu XIII i XIV w.

Wiemy już, że zanim odkryto i zbadano wnętrze Czarnego Lądu, na Wybrzeżu Afryki Wschodniej pojawili się Arabowie, Turcy, Hindusi, nawet Chińczycy – żeglarze Orientu. „Spodobało im się tutaj, więc zostali, wzięli sobie za żony miejscowe kobiety, dając początek suahili, jednej z najstarszych cywilizacji Afryki”, mówi Josephine, nasza wspaniała przewodniczka. Wieść niesie, że kiedy w 1498 roku słynny portugalski podróżnik Vasco da Gama przybył do Mombasy, ze skalistego brzegu obszczekały go psy o czerwonej sierści. Nie wiadomo, czy ich reakcja wpłynęła na króla Mombasy, który nie wpuścił żeglarzy do portu, czy coś innego. Faktem jest, że wcześniej obsypał ich podarunkami, dając owcę, cytryny, pomarańcze i trzcinę cukrową. Vasco da Gama ostatecznie musiał zakotwiczyć w pobliskim Malindi…

 

Spokojna wyspa wojny

Pocięta siecią kanałów i rozlewisk Mombasa jest częściowo wyspą. Miało to obronne znacznie, sama nazwa w języku suahili znaczy dosłownie „Wyspa wojny”. Żałujemy, że mamy tak mało czasu na jej zwiedzanie. Dwie najważniejsze atrakcje to brama w kształcie potężnych kłów słoni przy Moi Avenue, wzniesiona w 1952 roku na pamiątkę wizyty królowej Elżbiety i zabytkowa twierdza, zwana Fortem Jesusa – dowód dawnej świetności. W Mombasie, która dziś jest głównie muzułmańskim miastem, pierwsze kroki na afrykańskiej ziemi postawiła Karen Blixen – tutaj wyszła za mąż za szwedzkiego arystokratę Brora Blixena, rozpoczynając nowy rozdział w swoim życiu, opisany w słynnym „Pożegnaniu z Afryką”.

Promenada w English Marina

Dla nas też przyszedł czas pożegnań. Ostatnie chwile spędzamy w English Marina przy cudownym zachodzie słońca. Na eleganckiej promenadzie ruch, młodzi mężczyźni w strojach topowych marek i dziewczyny pachnące ciężkimi zapachami Coco Chanel. Muzułmanki robiące sobie selfie i zakochani… W barach drinki z palemkami, whisky i nasze ulubione piwo Tusker ze słoniem na etykiecie. Będzie nam odtąd przypominało Kenię.

________________________________________________________________________________________________

Hotele w których nocowaliśmy:  „Madina Palms” w Watamu;  Ultranowoczesny „English Point Marina”,

zwiedziliśmy   „White Sands”  nad  Oceanam.

Tekst i zdjęcia Elżbieta Pawełek

Zdjęcie główne Mada Hotels&Resort

Dodaj komentarz