Jedna z miliona…

Stonehenge odwiedza rocznie ponad milion turystów, normalny bilet w cenie prawie 18 funtów, jak też koszmarny dojazd kiepską drogą nie zniechęcają turystów.

Angielskie, przemyślane rozwiązania sprawdzają się i nie odczuwa się tak bardzo tłoku, jednak aby nie odjechać z powodu braku biletu, lepiej kupić go wcześniej z określeniem godziny przybycia, omijając szerokim łukiem dni wolne.

W kręgu można pobyć tylko wirtualnie w muzeum. A wyjście zorganizowane przez zatłoczony sklep z pamiątkami jest ekskluzywną wersją arabskiego targu z pamiątkami. Oczekiwanie w kolejkach nam Polakom źle się kojarzy z czasami kiedy, aby kupić między innymi papier toaletowy, trzeba było czekać kilka godzin, nadto jesteśmy niecierpliwym narodem, zatem wycieczkę radzę dobrze zaplanować, a pół dnia to moje minimum. Ale jak to ostatnio powiedziała moja przyjaciółka, puentując czas spędzony przeze mnie na odwiedzenie irlandzkich moherowych klifów : „W twoim starczym tempie ja bym nic nie zwiedziła”.

No cóż, ja chyba już nie potrafię zwiedzać biegiem z grupą, mam swoje oczekiwania co do doświadczania świata po swojemu. Nie satysfakcjonuje mnie zrobienie selfie, kilku zdjęć i pomknięcie dalej. A w miejscach takich jak między innymi angielskie parki narodowe tym bardziej. Tu włącza mi się zwiedzanie flegmatyczne, czego nauczyłam się całkiem niedawno, przeglądając przewodniki po terenach wiejskich wykonane wiele lat temu na zlecenie Shella, napisane przez dwóch Anglików, a skierowane dla mieszkańców aglomeracji. Moja wrodzona cierpliwość w krajach anglosaskich jest więc jak znalazł. 

Wracając jednak do Stonehenge oraz wielu innych miejsc, gdzie obserwować można niewyjaśnioną do dziś historię, w tym migracji Celtów to przyznać trzeba, że ten monolityczny kamienny krąg bez względu na fakt czy to cmentarz, świątynia, czy miejsce pełne energii trzeba przyznać, że ciarki po plecach chodzą. U mnie dlatego, że wyobraziłam sobie 300 rok p.n.e. i połączyłam z opisem w „The Guardian”: niewolnicza praca i wielkie cierpienie niewinnych ludzi… Tak, niewątpliwie to miejsce jest przepełnione energią.

Zadziwia jednak fakt, że równouprawnienie, o które tyle lat później walczyły kobiety, było dla tych właśnie Celtów powszechnym. To w ich świecie kobiety, kapłanki i matrony i ich potomkowie Iryjczycy, Szkoci, Walijczycy wciąż do dziś żyją w zgodzie z naturą, w której wszystko ma swój początek i koniec. Ci ludzie wciąż umiejący dostrzegać swoje słabe i mroczne strony, a w zagłębianiu prawdy rozwijać się.

Jak by to było – do dziś zadaję sobie to pytanie – gdyby sercem współczesnego społeczeństwa były kobiety np. takie jak królowa Elżbieta II, Margaret Thatcher, czy też takie, które jako Matka-Ziemia, Matka-Żywicielka do dziś żyją tylko w oparciu o naturalny porządek związany z cyklami lunarnymi czy płodności? Dziewica, matka i starucha to przecież matrony obecne w kręgu celtyckim od zawsze.
I wiecie… siedziałam tak z pół godziny przy tych kamieniach i myślałam, dlaczego jedynym czego się bał nieustraszony Celt, była jego kobieta…

tekst i zdjęcia: Agnieszka Drzewoska
©

Stonehenge


You May Also Like

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: